Znacie tę frazę, co nie? "Pamiętam, jakby to było wczoraj"... A ja się przyznam, że nie pamiętam. Nie pamiętam nic poza tym, że ceremonia mojego pasowania była bardzo kolorowa i głośna. I że wtedy miałem swój pierwszy pocałunek, bo Telife, dziewczyna, w której skrycie podkochiwałem się od lat, nagle stwierdziła, że nie jestem taki beznadziejny. Pamiętam też, że dałem jej za to w twarz, bo nie chcę dziewczyny, która widzi we mnie tylko mój status i tytuły. Wolę prawdziwą miłość, no wiecie, jak w książkach.
Pamiętam też swoich pierwszych współżołnierzy. Udawali, że wcale nie poniżali mnie jeszcze tydzień temu i to nie oni zostawili mi bliznę na twarzy, którą noszę do dzisiaj. Odgrywałem tę szopkę z nimi, ale w głębi duszy szydziłem z nich, nienawidziłem i szczerze pragnąłem, żeby zdechli jak bydło w bagnie. Co ostatecznie faktycznie zrobili i to nawet w tym bagnie, o którym cały czas myślałem. Wszyscy dookoła płakali, a ja tylko cieszyłem się, że nie będę się z nimi więcej użalać.
Tyle pamiętam ze swojej przeszłości. Oczywiście są jeszcze wydarzenia z dzieciństwa, ale one mają raczej małe znaczenie, może poza tym, że ukształtowały to, kim jestem. Małe wypadki, szczęśliwe chwile z mamą, kiedy jeszcze żyła, i bycie ofiarą z rąk osób, które nienawidziły mojej twarzy. Teraz już żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia. Teraz jestem wolnym duchem, robię, co chcę, kiedy chcę i nawet gdzie mi się żywnie podoba. Moje życie to jedna wielka sielanka, pomijając królewskich żołnierzy, którzy hasają po moich bagnach, próbując mnie złapać i zaprowadzić przed oblicze króla, bym odpowiedział za swoje czyny. Ale że nie potrafią nawet znaleźć bezpiecznej drogi, to się o nich nie martwię.
No dobra, pewnie po informacji, że siedzi mi na ogonie królewska armia zastanawiacie się, kim ja do Sakrifa jestem i co takiego zrobiłem. Przyda się wam to imię w dalszej części tej historii, więc wam opowiem. Nazywam się Imamona, takie tam standardowe w moich stronach imię dla chłopca. Rodzice mi je wybrali po ojcu, który i tak nigdy nie był obecny w moim dzieciństwie. Żyłem sobie normalnie, wychowywany na królewskiego żołnierza, co udało mi się ostatecznie osiągnąć. Rodzice byliby dumni, gdyby wciąż przy mnie wtedy byli, ale byłem sam, samiutki jak palec, z serią zupełnie obcych gęb otaczających mnie ze wszystkich stron. Długo trwałem, udając dobrego żołnierza, który wcale nie jest zestresowany tym, że siedzi wśród dawnych wrogów. Aż wreszcie któregoś dnia zaszła mnie od tyłu córka króla, mała księżniczka, która powinna znać zasady panujące w obozie rycerskim i nie panoszyć się bez nadzoru nianiek. Ale ten kwiatuszek najwyraźniej zapomniał o regułach i postanowił nastraszyć sobie pierwszego lepszego żołnierza, zachodząc go od tyłu. Nie byłem zadowolony z faktu, gdy na drugim końcu miecza znajdowała się królewska córeczka, a nie zdradziecka gnida, ale mówi się trudno. Stało się, to się stało, musiałem uciekać z dala od dawnych niby-kompanów, zaszyć się gdzieś na bagnach, gdzie mnie nie dorwą i zostać cholernym pustelnikiem, z dala od cywilizacji. Tylko nie nazywajcie mnie Shrekiem, bo nie jestem zielony i nie mam cebulowych wielu warstw. Jestem kasztanowy i jestem bardziej cytryną, z twardą skórką i kwaśnym środkiem. I pestkami, które bardzo chętnie wpadną wam do herbatki, żebyście je musieli wyławiać albo zupełnym przypadkiem się nimi zakrztusili. Taki to ze mnie nieprzyjemny typ. Imamona morderca księżniczek.
Teraz jak mnie znacie i wiecie, co zrobiłem, możecie mnie od razu znienawidzić lub uznać za pokrzywdzonego. Wasza sprawa, ja się w to nie angażuję. Zresztą nie mam czasu, czeka na mnie pole ptasidzioby, które sam uprawiam. Te korzenie w kształcie ptasiego dzioba nie usuną chwastów samodzielnie! A potrzebują rosnąć bez towarzystwa, bo same nie potrafią o siebie zawalczyć. Trzeba się nimi opiekować, to wtedy dają wielkie korzenie i soczyste liście do jedzenia. I masę nasion na kolejny rok, bym mógł zadbać o ich potomstwo i kolejne wieloletnie pokolenia. Tu więc kończy się moja przygoda z wami, radźcie sobie sami.
⫷⫸
Kasztanowy degun wyprostował się znad grządki. Tkwił po kostki w błocie, w którym rosły ptasidzioby, a jego ręce były brudne aż do ramion. Zresztą, gdzie on nie był brudny - to dopiero było pytanie. I właściwie nie było na nie odpowiedzi, bo Imamona był brudny wszędzie jak leci, nawet w sferze, którą ciężko pobrudzić pod podwójną warstwą ubrań, a jednak mężczyzna czuł mokry piach ocierający się o jego czułe miejsca. Tego nie będzie można zostawić bez kąpieli. Rudzielec wygiął się do tyłu, rozległ się dźwięk strzelających kości. Grynszpanowe, czyli nieco jaśniejsze niż turkus oczy rozejrzały się dookoła. Została jeszcze jedna grządka i część tej obecnej, i wreszcie będzie koniec. Na szczęście plewienie nie wymagało zbyt dużej siły, wystarczyło tylko wykopać chwasty z rozlewającej się ziemi, ale problemem za to było poruszanie się w tym błocie tak, by się nie utopić. Szczęśliwie dla Imamony ostatnie dni były dość suche i nie musiał chodzić w błotnistej wodzie, tylko w wodnistym błocie (w tych terenach różnica była naprawdę znacząca). Jeszcze chwila i będzie można bezpiecznie położyć deski do chodzenia, bez ryzyka, że rozmoczą się w ciągu dwóch dni. Wtedy opieka nad ptasidziobami będzie o wiele łatwiejsza.
Gdzieś w oddali rozległy się przeraźliwe krzyki, jakby dziecko było obdzierane ze skóry przez dzikie zwierzęta. Imamona znał dobrze ten dźwięk i o ile nie było to wcale umierające dziecko, wciąż oznaczał spore niebezpieczeństwo. Tylko rycerze króla byli na tyle nieostrożni, że niszczyli gniazda Tego Jednego Głośnego Ptaka i wszczynali alarm. Oznaczało to, że są niedaleko i jeśli ich ketadjury wyczują mężczyznę, nie miał on szans się schować. Należało uciekać, póki wrzeszczak ogłuszał rycerzy i nikt nie skupiał się na szukaniu. Ptasidzioby poczekają.
Kasztanowy degun rzucił się do biegu, ledwo radząc sobie w bagiennej glebie. Ziemia plaskała pod nogami, kradła im oparcie, zmuszając do jeszcze większego wysiłku niż było w stanie na dłuższą metę wytrzymać ciało. Ale Imamona był już przyzwyczajony do biegania po bagnie, poza tym ubrany był tylko w delikatną, luźną koszulkę i poniszczone spodnie z materiału. Żołnierze nosili na sobie zbroje, które nie dość, że same w sobie ograniczały ruchy, to do tego były ciężkie. Oni topili się nawet na twardej ziemi. Imamonie to nie groziło. Skakał po kępkach trawy niczym sarenka, unikając niebezpiecznych miejsc i gnał prosto do swojego domu, bezpiecznie schowanego w samym środku bagna, gdzie najtrudniej było się poruszać, a ścieżek między ukrytymi wodami było niewiele. Nawet ketadjury nie miały szans się tam dostać. Zresztą nie miały powodów tam iść, silny bagienny zapach skutecznie krył obecność zbrodniarza. Po przekroczeniu linii kaczeńców nic mu nie groziło.
Przez framugę od drzwi, których nie było, wpadł z takim rozpędem, że się, krótko mówiąc, wyrżnął. Sromotny upadek na twarz dodatkowo mu uświadomił, jak bardzo jest wszędzie cholernie brudny i że powinien się jak najszybciej wykąpać. Podniósł się na nogi, z obrzydzeniem ściągając przylepioną do sierści koszulkę. Nie mógł nawet jej wyprać, bo zapasy świeżej wody powoli się kończyły i musiał ją z tej racji oszczędzać. Na Sakrifa... Chyba pora jeszcze bardziej dmuchać na zimne, aż nie stanie się lodowate.
Wrzeszczaki zdążyły się uspokoić, znowu panowała cisza i spokój, jednakże zamiast się tym delektować, Imamona nasłuchiwał wszelkich dźwięków z bagna. Sprawdzał, czy przypadkiem nie usłyszy nawoływań żołnierzy, którzy nie potrafili nawet wysilić swoich szarych komórek, żeby domyślić się, że ich krzyki spłoszą zbiega. To były tak zadufane w sobie dupki, że całkowicie zapomnieli o zasadach zabawy w kotka i myszkę. Kotek powinien być cichy, inaczej myszka ucieknie. Co robiła, od dobrych paru lat, bez jakiejkolwiek wpadki.
Po szybkiej kąpieli i wystawieniu brudnych ubrań na słońce degun postanowił posprzątać swój szałas. Niektórzy pewnie znają to uczucie, kiedy jak nie mają co robić to zaczynają po prostu sprzątać. Imamona miał tak większość czasu no bo, bądźmy szczerzy, na zapadającym się wszędzie bagnie nie ma zbyt wiele do roboty, szczególnie gdy gdzieś niedaleko paraduje królewskie wojsko i nie można nigdzie się udać.
Mimo tych wszystkich nieprzyjemności to nie była "smutna rzeczywistość". Oczywiście bycie mordercą księżniczki nie jest niczym wesołym, ale Imamona nie miał żadnych wyrzutów sumienia, a życie na bagnie nawet mu się spodobało. Nie miał żadnych obowiązków poza tymi, które utrzymywały go przy życiu, nikt go niespodziewanie nie odwiedzał, panowała cisza, spokój, a jedzenie zebrane z błotnistej ziemi czy z wysokich drzew było zaskakująco smaczne. Nawet larwy były zjadliwe po odpowiednim oczyszczeniu i usmażeniu. Nie było tu zapasów wody, po ten rarytas należało udać się do rzeki płynącej niedaleko granicy, ale nawet te piesze wycieczki były przyjemne. Jedynym problemem był brak mordy, do której można od czasu do czasu się odezwać, ale i na to mężczyzna znalazł sposób.
Czaszka jakiegoś nieznanego żołnierzowi zwierzęcia wisiała na palu, przyozdobiona zaschniętym błotem oraz liśćmi udającymi uszy. Umocowana była niedaleko wejścia, żeby odstraszać złe moce, ale też żeby witać wracającego do domu deguna jak ukochana żona. To normalne, że komuś odbija po paru latach spędzonych w samotności, Imamona nie był wyjątkiem, więc zrobił sobie najlepszą przyjaciółkę z trupa.
– Wiesz, Avendu, czasami mam wrażenie, że nasi wrogowie z każdym dniem zbliżają się coraz bliżej, wiesz? – degun zagadał zwierzęcą czaszkę. Po tylu latach wymawiał słowo "wróg" z dziwną miłością, przez co jego zdania nigdy nie nabarwiały się zmartwieniem. Tym razem jednak dziwny niepokój zaczął wymykać się spomiędzy głosek niczym myszka wyglądająca ze szpary w ścianie. – Znaczy się, to mnie nawet nie dziwi. W końcu spędzają tu tyle czasu, że pewnie już ścieżki zapamiętali, nie? Ale dla nas to nie znaczy dobrze. – Kameralnie wymiótł brud za framugę. – Musimy się stąd wynosić. Jakoś w nocy, żeby nas nie przyuważyli.
W ten sposób całą resztę sprzątania zabójca spędził na rozplanowywaniu ucieczki ze swojego ukochanego bagna. Zrobił sobie w głowie mapę terenu, najlepszą ścieżkę, listę rzeczy, które należy zabrać i scenariusze, które mają szansę się wydarzyć, i na które musiał być w każdym momencie przygotowany. Oczywiście Avendu szła z nim, założy ją sobie na głowę, by było jej wygodnie. Rzeczy nie było wiele, więc jedna mała, lekka torba wystarczyła. Buty trzeba będzie wziąć do ręki, bo gdy skończą się miękkie, wodniste tereny, nie będzie już tak przyjemnie. Niby plan nie miał za bardzo jak nie wypalić, ale degun obiecał sobie, że będzie dmuchał na lodowate, dlatego więc rozplanował jeszcze kilka możliwości i scenariuszy. Znając jego szczęście i tak wydarzy się coś, czego absolutnie nie był w stanie przewidzieć, ale to już będzie improwizował. Tylko to mu tak naprawdę zostaje.
Gdy słońce miarowo zbliżało się do horyzontu, a drzewa powoli zasłaniały jego światło zielonymi liśćmi, mężczyzna zaczął pakować rzeczy. Robił to sprawnie i szybko, byle móc wyruszyć w nieznane, gdy tylko na zewnątrz będzie panować już półmrok. Deski domu postawionego na paru kamieniach trzeszczały znajomo, jak stare przyjaciółki, którym żal było się pożegnać. To samo tyczyło się powiewu przedzierającego się od okien do framugi bez drzwi. Muskał delikatnie sierść deguna, chcąc przytulić się na pożegnanie. Bagno dawno temu przyjęło Imamonę jako swojego mieszkańca, a teraz przyszło im się rozstać, jako że zbieg musiał ratować swoje życie. Imamonę na myśl, że już nigdy nie usłyszy tego trzeszczenia ani nie poczuje znajomego smrodku ocierającego się o futro, przeszły tęskne dreszcze. Nawet porządnie się nie spakował, kiedy zaczął żałować swojej decyzji. Ale musiał brać swoje życie pod uwagę. Tu nie było czasu na sentymenty, góra rok i znajdą jego kryjówkę, a przecież ten rok minie jeszcze szybciej niż parę lat od morderstwa córki króla.
Wreszcie Imamona wsadził ostatni ważny szpargał do torby. Słońca już nie było, tylko jego promienie kurczowo trzymały świat w świetle, starając się zachować jak najdłużej dzień. Dzień, którego zbrodniarz nie chciał. Błagał Sakrifa, by jak najszybciej stała się noc i mógł wreszcie wymknąć się niepostrzeżenie z bagna. Naprawdę, wszystko było gotowe. Torba, zapasy, buty, Avendu siedziała wygodnie na głowie, w pełni przygotowana na wyprawę. Niech tylko zrobi się mroczno... Ciemno... Wtedy można uciekać. Wtedy zasną zwierzęta, nie wszczną alarmu. Cień będzie przyjacielem deguna, który od lat unikał światła. Pora opuścić to zadupie zwane domem i udać się daleko, gdzieś, gdzie wojsko tak szybko go nie dorwie. Z pewnością będą go jeszcze jakiś czas szukać na tych bagnach, bo od dawna było wiadomo, że Imamona się tu ukrywa. Nie zrezygnują szybko. To była jedyna szansa dla zbiega.
Nadeszła noc. Lekkie, ostrożne kroki przemknęły z chatki do lasu, unikając sprawnie miejsc, gdzie mogły zostać ślady. Marnie zrobiony budynek stał się pusty, bez mieszkańca, który nadawał temu miejscu sens. Dla bagna nadeszły smutne dni. Pole ptasidziobów nigdy nie będzie do końca wyplewione. Dziurawy dach nie zostanie naprawiony, wręcz przeciwnie, pojawi się w nim więcej dziur. Gniazdo dla wrzeszczaków nigdy nie będzie skończone. Tak wygląda zostawianie miejsca w pośpiechu, wiele rzeczy nigdy nie będzie już dokończone. Żeby nie żałować, należy o tym zapomnieć. To właśnie Imamona starał się zrobić - zapomnieć o domu na bagnie, do którego nigdy już nie wróci.
Najwyższy czas skierować wzrok ku nowym horyzontom, z dala od wiecznie wilgotnej gleby i wszędzie wchodzącego błota. Nadchodziły nowe dni dla uciekiniera. Jedynym pytaniem było, czy zdoła im podołać?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz