14.1.23

Oddech

 TW: próba samobójcza


Po policzku spływa ostatnia łza. Powoli ląduje w tafli jeziora poniżej. Samotna słona kropelka pośród tony słodkiej wody. Zagubiona pośród tysięcy innych.

Ręka ostatni raz przeciera po trawie. Miękkie źdźbła przebiegają pomiędzy palcami niczym rozbiegane dzieci, cieszące się latem. Rosa osadza się na skórze, łagodnie ją mocząc.

Księżyc ostatni raz wyjrzał zza chmur. Jego srebrne oblicze spojrzało w oczy zagubionej duszy, aby potem zanurzyć swoje promienie w głębię jeziora. Przygnębiony spoglądał jak kurz tańczy w jego mdłym blasku.

Wiatr ostatni raz zawtórował słodkiej melodii lasu. Ptaki zamilkły i tylko gdzieś z oddali słychać było życie miasta. Tej nieczułej betonowej dżungli, która zapomniała już o swoim przeznaczeniu.

Ostatnie westchnienie uciekło spomiędzy różowych warg tak, aby nie wrócić już nigdy więcej do płuc.

Ostatni krok.

Ostatnie zawahanie.

I skok.

Świat na chwilę ucichł, aby potem rozbudzić się na nowo. Ciche łkanie z tyłu głowy na chwilę zamilkło, wsłuchując się w nadchodzącą melodię fletu. Ten rozbrzmiał wokoło, poruszając wodę i zrywając liście z drzew. Delikatne dźwięki, spokojny ton. Oczy ostatni raz zajrzały w górę, kiedy ostatni oddech uciekł zaraz ku księżycowi. Rozmyty obraz zaostrzył się na ułamki sekund i zdawało się, że dobry przyjaciel nocy krążący po niebie litościwie nachyla się ku ziemi. Ręka sama wystrzeliła w górę w desperackim akcie ciała, którym wstrząsnął dreszcz. Wszystko pociemniało i tylko ból wypełnił wszystkie komórki znanego świata. Ale i on po chwili ustał. A wszystkiemu towarzyszył ten kojący dźwięk fletu. Tak słodka melodia.

I otwierając oczy na myśl przyszła jedynie śmierć. Bolesna jak żadna, a jednak czas upłynął, a czerń nie przesłaniała świata wokół. Jednocześnie klatka piersiowa trwała w całkowitym milczeniu. Czy to była kara, czy już niebo? Może piekło?

Obce ciało przesunęło po włosach, jednak kiedy chciało się odszukać jego źródło, to okazało się nie istnieć. A jednak dotyk przeszedł na ramię i łagodnie prowadził. Szum wokół narastał. Las zabłysł jasnym blaskiem, nagłym głosem żalu.

Wyjące auta, zadyszani ludzie i łkający obcy. Kimże byli Ci wszyscy? Czyżby zmęczony umysł już zapominał, kim jest. Może to najwyższy czas, aby pozbyć się ciężaru i smutku. Oczy spojrzały w niebo. Miły dla zimnej skóry dotyk zelżał. Usta chciały zawołać, jednak głos utknął w gardle. Czerń nagle wróciła, otaczając ciało. Dotyk się zmienił, ból powrócił. Czyli jednak piekło?

Ciało zadrżało na chwilę w spazmie zimna, jednak nagle zdrętwiałe ręce nie dawały żadnego ciepła. Palce sine od nacisku trzymały się kurczowo przedramienia. Klatka piersiowa zapiekła żywym ogniem, rzucając na kolana. Plecy uderzyły o grunt, powietrze nagle wdarło się w płuca. Niczym nieproszony gość na dobre rozgościło się w pęcherzykach i komórkach. I ten natarczywy dźwięk, który ciskał łzy do oczu. Ciche pukanie zagłuszające blednące nuty fletu. Gdzież o gdzież uciekasz słodki dźwięku.
A potem ustało.

Oczy uchyliły się.

Usta poruszyły w niesłyszalnych słowach pożegnania.

A ręka ostatni raz wysunęła w stronę oddalającej się śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz