Leo był wściekły na swojego brata i miał do tego wszelkie prawo. Od jakiegoś czasu Raph na własną rękę walczył ze złoczyńcami Nowego Jorku, nie zważając na możliwych świadków. I w końcu stało się, jeden ze świadków nagrał zmutowanego żółwia bez jakiejkolwiek ochrony twarzy, bo hełm spadł mu podczas walki. Nagranie było tak wyraźne, że stało się dowodem na istnienie potworów w Nowym Jorku. Oczywiście było dużo osób, które twierdziły, że nagranie jest fałszywe, ale dla rodziny mutantów nie miało to znaczenia. Zostali nakryci, a wszystko przez głupotę najbardziej agresywnego z braci. Mikey i Donnie siedzieli cicho w kącie pomieszczenia odpowiadającego ludzkim salonom, a Leo zdawał się upuszczać wszystkie emocje, jakie nagromadziły się w nim przez ostatnie siedemnaście lat. Raph za to siedział cicho, dobrze świadomy, że zawalił sprawę. Ten jeden raz postanowił nie kłócić się z Leo, wyjątkowo nie miał nic do powiedzenia. No zawalił, co tu dużo mówić? Nawet mistrz Splinter nie miał na niego siły, patrzył tylko zawiedziony z bólem w oczach, a raczej odwracał wzrok. Nie chciał patrzeć na żółwia, którego nie udało mu się wychować.
– I co zamierzasz teraz zrobić, co? – kontynuował najstarszy brat. – Rozlać serum zapominające na cały świat? Mamy się przed ciebie teraz chować jak krety do końca życia? Ekipa, od dzisiaj jemy tylko glony, robaki i śmieci. Podziękujcie Raphaelowi za jego poświęcenie!
– Leonardo! – upomniał syna mistrz Splinter.
– Co? Nie mam racji? – Głos Leo powoli zaczął się łamać, choć chłopak próbował pozostać silny. – Samo wojsko zaczęło nas szukać. Znowu się nie pokażemy przez kolejne piętnaście lat, chociażby tylko po to, żeby ludzie przestali siać panikę.
– Leo, dość! – teraz zawołał Donnie, trzymając płaczącego po cichu brata.
Dopiero na ten widok żółw w niebieskiej masce odpuścił. W pomieszczeniu zapadło ciężka cisza, przerywana szlochaniami Michelangelo. Raph nie wytrzymał i wymaszerował z pokoju, po drodze uderzając we framugę przejścia. Nikomu nie przyszło do głowy za nim iść.
Raphael dobrze wiedział, że wszystko spalił. Wydał ich istnienie ludzkiemu światu, stracił zaufanie swojej rodziny, nie mógł się już widywać ze swoim ludzkim kumplem Casey'm, bo ryzykował złapanie przez wojsko - albo siebie, albo Casey'go. Spieprzył równo, co tu dużo mówić. Jego własny ojciec nie mógł na niego patrzeć. On sam nie mógł na siebie patrzeć. Może faktycznie będzie musiał się chować w najbardziej niedostępnych częściach kanałów tylko po to, by nie wabić ludzi. Jego rodzina mogłaby wyjechać za Nowy Jork, z technologią Donnie'go powinni być w stanie to zrobić bezpiecznie. Raph zostanie tutaj, i tak by go nie chcieli. Pewnie wpadną na to, gdy Leo się uspokoi.
Shinobi udał się do swojej prywatnej kryjówki, o której nie wiedzieli ani jego bracia, ani nie mógł się tam dostać żaden człowiek. Był to jego własny zakątek, w którym mógł robić, co mu się żywnie podoba i mówić, co tylko dusza zapragnie. Sam zaprojektował wystrój wnętrza, nie przejmując się cudzym gustem, tak jak musiał to robić w pokoju dzielonym z resztą braci. Nazywał to miejsce "drugim domem", choć jego serce i tak było najbardziej przywiązane do wielkiej, rodzinnej kryjówki, w której się wychowywał. Teraz to jednak nie miało już więcej znaczenia, gdzie faktycznie czuł się jak w domu. Pozostał mu tylko jego prywatny, ciasny kwadrat, wypełniony pudełkami po pizzy, magazynami, częściami do motocykli, sztangami, ciężarkami i ze zmieszczonym na styk hamakiem, w którym żółw okazjonalnie sypiał. A ponieważ obecnie nie miał mentalnie na nic siły, przedarł się wąską ścieżką do hamaka i położył się na nim, nawet nie licząc na to, że zaśnie.






