3.6.23

Zmierzch Ery Mutantów I - "Krew jest rzadsza od gniewu"

– Kiedy w końcu dotrze do twojego pustego łba, że twoje akcje mają konsekwencje? Cały świat teraz wie o naszym istnieniu! Czy ty w ogóle kiedykolwiek myślisz? Zachciało się wielkiemu Raphaelowi robić za bohatera.

Leo był wściekły na swojego brata i miał do tego wszelkie prawo. Od jakiegoś czasu Raph na własną rękę walczył ze złoczyńcami Nowego Jorku, nie zważając na możliwych świadków. I w końcu stało się, jeden ze świadków nagrał zmutowanego żółwia bez jakiejkolwiek ochrony twarzy, bo hełm spadł mu podczas walki. Nagranie było tak wyraźne, że stało się dowodem na istnienie potworów w Nowym Jorku. Oczywiście było dużo osób, które twierdziły, że nagranie jest fałszywe, ale dla rodziny mutantów nie miało to znaczenia. Zostali nakryci, a wszystko przez głupotę najbardziej agresywnego z braci. Mikey i Donnie siedzieli cicho w kącie pomieszczenia odpowiadającego ludzkim salonom, a Leo zdawał się upuszczać wszystkie emocje, jakie nagromadziły się w nim przez ostatnie siedemnaście lat. Raph za to siedział cicho, dobrze świadomy, że zawalił sprawę. Ten jeden raz postanowił nie kłócić się z Leo, wyjątkowo nie miał nic do powiedzenia. No zawalił, co tu dużo mówić? Nawet mistrz Splinter nie miał na niego siły, patrzył tylko zawiedziony z bólem w oczach, a raczej odwracał wzrok. Nie chciał patrzeć na żółwia, którego nie udało mu się wychować.

– I co zamierzasz teraz zrobić, co? – kontynuował najstarszy brat. – Rozlać serum zapominające na cały świat? Mamy się przed ciebie teraz chować jak krety do końca życia? Ekipa, od dzisiaj jemy tylko glony, robaki i śmieci. Podziękujcie Raphaelowi za jego poświęcenie!

– Leonardo! – upomniał syna mistrz Splinter.

– Co? Nie mam racji? – Głos Leo powoli zaczął się łamać, choć chłopak próbował pozostać silny. – Samo wojsko zaczęło nas szukać. Znowu się nie pokażemy przez kolejne piętnaście lat, chociażby tylko po to, żeby ludzie przestali siać panikę.

– Leo, dość! – teraz zawołał Donnie, trzymając płaczącego po cichu brata.

Dopiero na ten widok żółw w niebieskiej masce odpuścił. W pomieszczeniu zapadło ciężka cisza, przerywana szlochaniami Michelangelo. Raph nie wytrzymał i wymaszerował z pokoju, po drodze uderzając we framugę przejścia. Nikomu nie przyszło do głowy za nim iść.

Raphael dobrze wiedział, że wszystko spalił. Wydał ich istnienie ludzkiemu światu, stracił zaufanie swojej rodziny, nie mógł się już widywać ze swoim ludzkim kumplem Casey'm, bo ryzykował złapanie przez wojsko - albo siebie, albo Casey'go. Spieprzył równo, co tu dużo mówić. Jego własny ojciec nie mógł na niego patrzeć. On sam nie mógł na siebie patrzeć. Może faktycznie będzie musiał się chować w najbardziej niedostępnych częściach kanałów tylko po to, by nie wabić ludzi. Jego rodzina mogłaby wyjechać za Nowy Jork, z technologią Donnie'go powinni być w stanie to zrobić bezpiecznie. Raph zostanie tutaj, i tak by go nie chcieli. Pewnie wpadną na to, gdy Leo się uspokoi.

Shinobi udał się do swojej prywatnej kryjówki, o której nie wiedzieli ani jego bracia, ani nie mógł się tam dostać żaden człowiek. Był to jego własny zakątek, w którym mógł robić, co mu się żywnie podoba i mówić, co tylko dusza zapragnie. Sam zaprojektował wystrój wnętrza, nie przejmując się cudzym gustem, tak jak musiał to robić w pokoju dzielonym z resztą braci. Nazywał to miejsce "drugim domem", choć jego serce i tak było najbardziej przywiązane do wielkiej, rodzinnej kryjówki, w której się wychowywał. Teraz to jednak nie miało już więcej znaczenia, gdzie faktycznie czuł się jak w domu. Pozostał mu tylko jego prywatny, ciasny kwadrat, wypełniony pudełkami po pizzy, magazynami, częściami do motocykli, sztangami, ciężarkami i ze zmieszczonym na styk hamakiem, w którym żółw okazjonalnie sypiał. A ponieważ obecnie nie miał mentalnie na nic siły, przedarł się wąską ścieżką do hamaka i położył się na nim, nawet nie licząc na to, że zaśnie.

14.1.23

Oddech

 TW: próba samobójcza


Po policzku spływa ostatnia łza. Powoli ląduje w tafli jeziora poniżej. Samotna słona kropelka pośród tony słodkiej wody. Zagubiona pośród tysięcy innych.

Ręka ostatni raz przeciera po trawie. Miękkie źdźbła przebiegają pomiędzy palcami niczym rozbiegane dzieci, cieszące się latem. Rosa osadza się na skórze, łagodnie ją mocząc.

Księżyc ostatni raz wyjrzał zza chmur. Jego srebrne oblicze spojrzało w oczy zagubionej duszy, aby potem zanurzyć swoje promienie w głębię jeziora. Przygnębiony spoglądał jak kurz tańczy w jego mdłym blasku.

Wiatr ostatni raz zawtórował słodkiej melodii lasu. Ptaki zamilkły i tylko gdzieś z oddali słychać było życie miasta. Tej nieczułej betonowej dżungli, która zapomniała już o swoim przeznaczeniu.

Ostatnie westchnienie uciekło spomiędzy różowych warg tak, aby nie wrócić już nigdy więcej do płuc.

13.1.23

Mieszaniec Dwóch Krwi II - Dzień narodzin


Gdy nadszedł dzień porodu, nikt nie spodziewał się katastrofy, jaka miała spaść na klan Hikaze. Wcześniej, ilekroć najpotężniejsze smoki próbowały zajrzeć w przyszłość, przed nimi ukazywało się światło, spokojne i stabilne, symbolizujące dobry los. One interpretowały to w starodawny sposób, że dziecko urodzi się potworem i będą mogli się go pozbyć. Hibiki, matka dziecka, miała co do tego wątpliwości. Może nie miała więzi z wyższymi siłami, ale coś w głębi duszy kazało jej wierzyć, że wcale nie przyjdzie jej żegnać się z bytem, które przez ostatnie dziewięć miesięcy nosiła pod swoim sercem. Na szczęście – a może i nieszczęście, swoje i dziecka – miała rację, tylko jeszcze o tym nie wiedziała.

Medycy Hikaze zabrali ją do skrzydła medycznego, gdy tylko odeszły wody. Wszystko było zaplanowane od początku do końca, każdy punkt miał przewidzianą jak największą ilość wad i zalet. Nie ważne, jak bardzo coś poszłoby nie tak, smoki były na to przygotowane. Najważniejsze, że dziecko nie urodzi się ani lisem, ani ryuu, a cała reszta pójdzie jak gładko jak gorący nóż w masło.

Juno cierpliwie czekał pod drzwiami, choć szczerze mówiąc po sześciu godzinach zaczął się niepokoić. Medycy wciąż odmawiali mu możliwości zobaczenia się z żoną, co nie mogło wróżyć dobrze. Pewnie Hibiki zasłabła i potrzebuje pomocy, może straciła dużo krwi i starają się ją wspomóc, oddając jej energię ki. Tylko z jakiegoś powodu nikt nie chciał nawet poinformować Juno, co tam się, do stu piorunów, dzieje. Zupełnie jakby wydarzyło się coś, czego jednak smoki nie przewidziały i na co nie były przygotowane. Mężczyzna próbował znaleźć jakąkolwiek możliwość, która pasowałaby w te kryteria. Czego światłe umysły potężnych yokai mogły nie wziąć pod uwagę?

Tylko szansy, że jednak noworodek będzie hybrydą, a nie małym demonem.

Mężczyzna ledwo dopuścił do siebie tę myśl, jednak im dłużej obracał ją w głowie, tym bardziej uświadamiał sobie, że jest to jedyna możliwość. Tylko dlatego medycy nie chcieli go wpuścić. Jeżeli nie dowie się prawdy w tym momencie, wpadnie tam i rozniesie całe skrzydło medyczne, jeżeli staną mu na drodze. Gdy już zaczął decydować się na pierwszy ruch, zza zamkniętych drzwi wyjrzał pyszczek młodej smoczycy, pomocnicy medyka.

– Pani Hibiki życzy sobie ciebie zobaczyć, panie – powiedziała, po czym zniknęła za drzwiami, zamykając je. Nie wolno tworzyć przeciągów w skrzydle medycznym.

Juno wślizgnął się przez drzwi, z rozpędu prawie zapominając, że ma ogon. Humanoidalne zwierzęta tak miały, że mogły zapomnieć o własnym ogonie, co może być zdziwieniem dla tych, którzy często zostawiają za sobą otwarte drzwi. Podbiegł do swojej żony, trzymającej noworodka zawiniętego w miękki ręcznik. Niedobrze. Hibiki nie powinna dostawać tego noworodka do rąk, bo jeszcze się przywiąże. Dlaczego nie przestrzegają najbardziej podstawowych zasad?!

– Hibiki? Co się dzieje? – Mężczyzna położył się obok żony ze zmartwieniem malującym się na twarzy. Starał się nie dawać tego po sobie poznać, ale w rzeczywistości umierał ze strachu, że stało się coś zagrażającego życiu lisicy. A teraz na dodatek fakt, że kobieta dostała dziecko do rąk. Najwyraźniej światłe umysły się myliły, potomek wcale nie urodził się potworkiem.

– Zobacz! – zawołała uradowana Hibiki, pokazując noworodka Juno.

Mały bobas był pokryty białym, mokrym jeszcze futrem. Zmarszczony pyszczek kończył czarny, prawie lisi nosek, a nieproporcjonalnie długie uszy opadały w dół niczym u świeżo wyklutych smoków. Na głowie ciągnęła się linia czarnych, krótkich włosków, niczym bardzo szeroki, sterczący we wszystkie strony irokez. Oczy nie były w pełni otwarte i wciąż były ciemne, jednak Juno dopatrzył się w nich fioletowych blasków. Już wiedział, że dziecko odziedziczyło po nim oczy.

Mężczyzna nie mógł uwierzyć, jak bardzo ten noworodek przypomina oboje rodziców. Co prawda ani on, ani Hibiki nie posiadali białego futra, ale nietrudno się domyślić, że jest to wina pomieszanej magii. Smoczurowi zakręciło się w głowie, aż postanowił wstać i wyjść z sali. Nie mógł patrzeć na tego małego pasożyta, którego będzie zmuszony wychowywać.

– Tylko nie waż się tego nazywać, kobieto! – krzyknął jeszcze przez shoji, maszerując korytarzem.

12.12.22

Dźwięki Ostatniego Dnia

Czajnik ustawiony na piecu zaczął przeraźliwie piszczeć, domagając się usunięcia z rozpalonego ognia. Jeden pojedynczy kubek żeliwny stał na stoliku, cierpliwie czekając na zalanie gorącą wodą herbatę znajdującą się w jego wnętrzu. Ręcznie malowane rośliny zdobiły ściany kubka, zielone esy-floresy kończyły żółte i czerwone płatki bliżej nieokreślonych kwiatów, a przy dnie naczynia bardzo niestarannymi ruchami naznaczono długie źdźbła trawy. Podobne wzory zostały wszyte w położony na dębowym stole obrus, wystarczająco duży, żeby zakryć dwuosobowe łóżko. Właściwie to motyw roślinny znajdował się w każdym miejscu w małym domu, nie szczędząc nawet drewnianych ścian, pokrytych kolorową farbą. Ciężka firana kiwała się od wiatru wpadającego przed otwarte okno, osłaniając przy okazji delikatne kwiaty umieszczone w porcelanowym wazonie na szafce zaraz obok. Ciche tykanie zegara nareszcie ustało, oczekując ponownego nakręcenia mechanicznego ciała. Świst czajnika stał się jeszcze głośniejszy, wręcz nie do wytrzymania.

18.10.22

Over Coffe

  

„Sweet tea” wisiało nad wejściem, a słodki zapach wnętrza kawiarni zapraszał do środka każdego z chodnika. Wnętrze tego miejsca było czarujące. Rośliny wisiały sobie spokojnie pod sufitem, nastrojowe świeczki wypełniały to miejsce niesamowitymi zapachami, do których dokładała jeszcze świeżo mielona kawa. Parę stolików na parterze, kanapy w rogu oddzielone od siebie malowanym szkłem i światłami, a do tego mały balkonik, górujący nad pozostałymi miejscami. Do niego prowadziły słodkie, aczkolwiek strome schodki, oraz mała wciągana winda na zamówienia. Balustrada pokryta była doniczkami, które wypuszczały wiszące i długie kiście liści puszczające3 pączki o tej porze roku. Zapowiadały sie piękne kwiaty i jeszcze piękniejsze zapachy. Tyle zieleni z jasnymi brązami o teksturach drewna dawało wyjątkową atmosferę. Jednak powodem dla którego zawsze było tu pełno ludzi, choćby po kawę na wynos, był młody utalentowany barista. Blond-włosy dwudziesto cztero latek zawsze elegancko ubrany. Nigdy nie studiował, ale zdawało mu się iż nie potrzebował tego do szczęścia. Jego pasją była kawa, prawie od zawsze. Pomimo że sam jej nie pił za wiele, uwielbiał jej zapach, a że rękę miał do tego sprawną po paru kursach stał się baristą zawodowo. Jego dobre podejście, dobra kawa i dobry wygląd przyciągały sporo studentów. Kawiarnia też nie była droga i oferowała pyszne przekąski.

—Dzień dobry! — od rana do wieczora dzwonił dzwonek, a on sam witał się z każdym kto wszedł, nawet jeśli stał tyłem do drzwi. Zawsze się uśmiechał, a ile numerów telefonów dostawał każdego dnia. Jednak jego serce, skryte w tych zielonych oczkach,  należało do pewnego chłopaka.

11.10.22

Przeklęte Dwa I - Od wylewu krwi się zaczęło


Znacie tę frazę, co nie? "Pamiętam, jakby to było wczoraj"... A ja się przyznam, że nie pamiętam. Nie pamiętam nic poza tym, że ceremonia mojego pasowania była bardzo kolorowa i głośna. I że wtedy miałem swój pierwszy pocałunek, bo Telife, dziewczyna, w której skrycie podkochiwałem się od lat, nagle stwierdziła, że nie jestem taki beznadziejny. Pamiętam też, że dałem jej za to w twarz, bo nie chcę dziewczyny, która widzi we mnie tylko mój status i tytuły. Wolę prawdziwą miłość, no wiecie, jak w książkach.

Pamiętam też swoich pierwszych współżołnierzy. Udawali, że wcale nie poniżali mnie jeszcze tydzień temu i to nie oni zostawili mi bliznę na twarzy, którą noszę do dzisiaj. Odgrywałem tę szopkę z nimi, ale w głębi duszy szydziłem z nich, nienawidziłem i szczerze pragnąłem, żeby zdechli jak bydło w bagnie. Co ostatecznie faktycznie zrobili i to nawet w tym bagnie, o którym cały czas myślałem. Wszyscy dookoła płakali, a ja tylko cieszyłem się, że nie będę się z nimi więcej użalać.

Tyle pamiętam ze swojej przeszłości. Oczywiście są jeszcze wydarzenia z dzieciństwa, ale one mają raczej małe znaczenie, może poza tym, że ukształtowały to, kim jestem. Małe wypadki, szczęśliwe chwile z mamą, kiedy jeszcze żyła, i bycie ofiarą z rąk osób, które nienawidziły mojej twarzy. Teraz już żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia. Teraz jestem wolnym duchem, robię, co chcę, kiedy chcę i nawet gdzie mi się żywnie podoba. Moje życie to jedna wielka sielanka, pomijając królewskich żołnierzy, którzy hasają po moich bagnach, próbując mnie złapać i zaprowadzić przed oblicze króla, bym odpowiedział za swoje czyny. Ale że nie potrafią nawet znaleźć bezpiecznej drogi, to się o nich nie martwię.

No dobra, pewnie po informacji, że siedzi mi na ogonie królewska armia zastanawiacie się, kim ja do Sakrifa jestem i co takiego zrobiłem. Przyda się wam to imię w dalszej części tej historii, więc wam opowiem. Nazywam się Imamona, takie tam standardowe w moich stronach imię dla chłopca. Rodzice mi je wybrali po ojcu, który i tak nigdy nie był obecny w moim dzieciństwie. Żyłem sobie normalnie, wychowywany na królewskiego żołnierza, co udało mi się ostatecznie osiągnąć. Rodzice byliby dumni, gdyby wciąż przy mnie wtedy byli, ale byłem sam, samiutki jak palec, z serią zupełnie obcych gęb otaczających mnie ze wszystkich stron. Długo trwałem, udając dobrego żołnierza, który wcale nie jest zestresowany tym, że siedzi wśród dawnych wrogów. Aż wreszcie któregoś dnia zaszła mnie od tyłu córka króla, mała księżniczka, która powinna znać zasady panujące w obozie rycerskim i nie panoszyć się bez nadzoru nianiek. Ale ten kwiatuszek najwyraźniej zapomniał o regułach i postanowił nastraszyć sobie pierwszego lepszego żołnierza, zachodząc go od tyłu. Nie byłem zadowolony z faktu, gdy na drugim końcu miecza znajdowała się królewska córeczka, a nie zdradziecka gnida, ale mówi się trudno. Stało się, to się stało, musiałem uciekać z dala od dawnych niby-kompanów, zaszyć się gdzieś na bagnach, gdzie mnie nie dorwą i zostać cholernym pustelnikiem, z dala od cywilizacji. Tylko nie nazywajcie mnie Shrekiem, bo nie jestem zielony i nie mam cebulowych wielu warstw. Jestem kasztanowy i jestem bardziej cytryną, z twardą skórką i kwaśnym środkiem. I pestkami, które bardzo chętnie wpadną wam do herbatki, żebyście je musieli wyławiać albo zupełnym przypadkiem się nimi zakrztusili. Taki to ze mnie nieprzyjemny typ. Imamona morderca księżniczek.

Teraz jak mnie znacie i wiecie, co zrobiłem, możecie mnie od razu znienawidzić lub uznać za pokrzywdzonego. Wasza sprawa, ja się w to nie angażuję. Zresztą nie mam czasu, czeka na mnie pole ptasidzioby, które sam uprawiam. Te korzenie w kształcie ptasiego dzioba nie usuną chwastów samodzielnie! A potrzebują rosnąć bez towarzystwa, bo same nie potrafią o siebie zawalczyć. Trzeba się nimi opiekować, to wtedy dają wielkie korzenie i soczyste liście do jedzenia. I masę nasion na kolejny rok, bym mógł zadbać o ich potomstwo i kolejne wieloletnie pokolenia. Tu więc kończy się moja przygoda z wami, radźcie sobie sami.

⫷⫸

Kasztanowy degun wyprostował się znad grządki. Tkwił po kostki w błocie, w którym rosły ptasidzioby, a jego ręce były brudne aż do ramion. Zresztą, gdzie on nie był brudny - to dopiero było pytanie. I właściwie nie było na nie odpowiedzi, bo Imamona był brudny wszędzie jak leci, nawet w sferze, którą ciężko pobrudzić pod podwójną warstwą ubrań, a jednak mężczyzna czuł mokry piach ocierający się o jego czułe miejsca. Tego nie będzie można zostawić bez kąpieli. Rudzielec wygiął się do tyłu, rozległ się dźwięk strzelających kości. Grynszpanowe, czyli nieco jaśniejsze niż turkus oczy rozejrzały się dookoła. Została jeszcze jedna grządka i część tej obecnej, i wreszcie będzie koniec. Na szczęście plewienie nie wymagało zbyt dużej siły, wystarczyło tylko wykopać chwasty z rozlewającej się ziemi, ale problemem za to było poruszanie się w tym błocie tak, by się nie utopić. Szczęśliwie dla Imamony ostatnie dni były dość suche i nie musiał chodzić w błotnistej wodzie, tylko w wodnistym błocie (w tych terenach różnica była naprawdę znacząca). Jeszcze chwila i będzie można bezpiecznie położyć deski do chodzenia, bez ryzyka, że rozmoczą się w ciągu dwóch dni. Wtedy opieka nad ptasidziobami będzie o wiele łatwiejsza.

Gdzieś w oddali rozległy się przeraźliwe krzyki, jakby dziecko było obdzierane ze skóry przez dzikie zwierzęta. Imamona znał dobrze ten dźwięk i o ile nie było to wcale umierające dziecko, wciąż oznaczał spore niebezpieczeństwo. Tylko rycerze króla byli na tyle nieostrożni, że niszczyli gniazda Tego Jednego Głośnego Ptaka i wszczynali alarm. Oznaczało to, że są niedaleko i jeśli ich ketadjury wyczują mężczyznę, nie miał on szans się schować. Należało uciekać, póki wrzeszczak ogłuszał rycerzy i nikt nie skupiał się na szukaniu. Ptasidzioby poczekają.

2.6.22

Córka Fostinga I - Dwa dni do urodzin

Gdyby ktoś was kiedyś spytał, czy macie chwilę, trzymając w jednej ręce koszyk z kilkoma tubkami farb i pędzlami, a w drugiej z kolei czyste, białe płótno nigdy, ale to nigdy, nie mówcie "tak". A już na pewno za żadne skarby nie odpowiadajcie pozytywnie, mając wieloletnią praktykę i spory talent w malarstwie. Bo skończycie jak pewien jegomość, siedząc przy sztaludze już kilka godzin z obolałymi plecami, rękami, oczami i w ogóle wszystkim, bo macie już serdecznie dość rozprowadzania niekończącej się ilości farby po białej tkaninie w konkretnych, zupełnie nieprzypadkowych pociągnięciach pędzla.

Malowanie było dla młodego mężczyzny pracą oraz hobby. Zarabiał na tym, a jednocześnie sprawiało mu to ogromną przyjemność, więc malował jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Ale nawet taki miłośnik kolorowych plam i chemicznego zapachu nie umiał wytrzymać kilku godzin tylko i wyłącznie siedząc, z krótkimi przerwami na toaletę.

Zając alaskański, bo tym właśnie był zapalony malarz, jeśli zwrócić uwagę na jego wyniki DNA, rozciągnął się na swoim starym, rozpadającym się już krześle zupełnie po ludzku, ręce wyciągając wysoko w górę, jakby chwytał gwiazd, a nogami kopiąc o wysłużoną, całkowicie brudną zieloną ścianę pracowni. W każdym calu przypominał człowieka, w każdym, który w ogólnym rozumowaniu nadaje człowieczeństwa myślącej, inteligentnej istocie. Chodził jak człowiek, ubierał się jak oni, mówił, miał uczucia i pasje. Wszystko to czyniło go człowiekiem z serca.

Ale jego testy DNA, jego krew, większość jego wyglądu zewnętrznego mówiły jasno i wyraźne, że to zając alaskański. W normalnych warunkach mały kicaj o sierści zmiennej w zależności od pory roku, żyjący sobie spokojne na Alasce wśród śniegu i skał. A skoro młody mężczyzna, pochylający się obecnie nad malowanym płótnem, był człowiekiem oraz zającem jednocześnie... to czym był tak naprawdę?

– Panie Grouser, przyszedł list do pana – odezwał się damski głos zza drewnianych, przystrojonych wieloma niedokończonymi szkicami drzwi.

– Od Fostinga? – zgadł malarz. Potarł swoją dłonią-nie dłonią twarz, żeby odgonić narastające zmęczenie. Po usłyszeniu potwierdzającej odpowiedzi pozwolił swojej całkowicie ludzkiej służącej wejść. – Jeśli chodzi o obraz to nie jestem nawet w połowie. Diabeł mnie podszedł w najmniej oczekiwanym momencie i teraz namaluj portret jego córki. Na jej urodziny, to jest na za dwa dni. To chyba jakieś szamamamy! Jak ja mam to namalować w tak krótkim czasie? Wolna chwila nie wystarczy na portret!